Jeżeli diabeł tkwi w szczegółach to anioły mieszkają w empatii

Dziewczynka spóźniła się do domu. Mama zapytała ją o powód spóźnienia.

musiałam zostać z koleżanką by jej pomóc – odpowiedziała dziewczynka.

o to ładnie, i jak jej pomogłaś? – zapytała mama.

usiadłam z nią i razem płakałyśmy.

W Izraelu doświadczyłam pięknej wspólnotowości. Rozglądanie się dookoła (w dużej mierze spowodowane tym, że wszędzie może leżeć bomba lub czyhać Arab z nożem) to naturalny odruch większości Izraelczyków (przynajmniej tych, których spotkałam). Zwracanie uwagi na przechodnia, na osobę siedzącą po drugiej stronie autobusu, na mało znanego sąsiada, na przyjaciół i rodzinę. Ofiarowywanie pomocy wszelkiego rodzaju bez pytania nawet czy ktoś tej pomocy potrzebuje. Odpowiedzialność za materialny, ale też duchowy stan drugiej osoby niezależnie czy jest nam bliska czy dopiero ją poznaliśmy.

W Polsce brakuje mi patrzenia w oczy, bezpardonowych pytań o rzeczy bardzo osobiste, o wtykanie nosa w nie swoje sprawy, by wywąchać problem.

Sama w ciągu kilku ostatnich miesięcy straciłam niezliczoną ilość okazji by wyrazić zainteresowanie drugą osobą, podać komuś bezinteresownie dłoń i zwyczajnie zapytać o samopoczucie. Nie zaproponowałam wdowie towarzyszenia przy pakowaniu rzeczy po zmarłym mężu. Nie wyciągnęłam jej nawet na herbatę. Nastoletniej córce, która straciła ojca nie podsunęłam kieliszka z wódką wiedząc, że może przyda jej się zatopienie łez, ani nie odsunęłam go gdy tych łez za dużo już się utopiło. Nie zainteresowałam się bliską koleżanką, która ze względu na bardzo zły stan zdrowia zniknęła nagle z grupy znajomych. Gdyby wylądowała nie daj Boże w szpitalu z głęboką depresją nawet bym o tym nie wiedziała. Przeprowadzająca się para nie potrzebowała dodatkowych rąk do noszenia mebli. Ale czemu nie wpadałam do nich z ciepłym posiłkiem i jeszcze cieplejszym słowem? Mogłam prostym gestem dodać wiele energii w przenoszeniu kilkudziesięcioletniego życia z jednego miejsca w drugie. A moja Mama? Wiedząc, że tego potrzebuje tyle razy mogłam ją przytulić lub pocałować w głowę, gdy paląc papierosa i pijąc kawę pracowała przy komputerze. Zrobiłam to o sto razy dziennie za mało.

Trudno potem oczekiwać, że gdy ty bardzo potrzebujesz bliskości i ciepła spotykasz się z patrzeniem w podłogę, z tekstami ‘nie będę się w to mieszać’ czy z krępującą ciszą.

Dlaczego tak trudno wyjść poza swój ogródek, by podlać komuś kwiatki? Albo chociaż zaoferować ich podlanie gdyby właściciel nie miał czasu. Albo niech już będzie, chociażby tylko zwrócić uwagę, że oto tam w rogu róża więdnie. Dlaczego tylko nasz ogródek z naszymi chwastami, karmnikiem na drzewie i krasnalami na kamczykowej ścieżce ma być ładny i działać sprawnie? Skoro nasz sąsiad codziennie płacze bo rzuciła go żona, małego chłopca publicznie upokarza matka przez co szarzeje mu buzia z dnia na dzień, a starsza pani jest tak samotna, że wrosła w parapet przyglądając się cudzym życiom nam zwyczajnie nie może być dobrze.

Jak uczyć empatii dzieci? Wyczulić na to by podnosiły rzecz, która komuś spadła. Ustąpiły miejsca w tramwaju. Powiedziały miło ‘dzień dobry’ i ‘dziękuję’. To samo w sobie jest wyzwaniem. A jak sprawić, by były otwarte na uczucia innych? By umiały współodczuwać? Jak zachęcić ośmiolatka, by był wsparciem dla jednego kolegi, którego rodzice się rozwodzą i dla drugiego który nagle stracił ojca? Ma ich podczas budowania bazy pytać: ‘i co chłopaki, ciężko jest?’. A może wystarczy mniej im dokuczać wiedząc, że nie brakuje im smutków? Jak zachęcić córki, by były wrażliwe na starszą panią i miały siłę wsłuchania się w opowieści o rwących stawach? Bo ta właśnie opowieść tej właśnie pani bardzo jest teraz potrzebna do lepszego samopoczucia.

Roczne dziecko nie odróżnia całowania od gryzienia, bolesnego bicia od głaskania, a przede wszystkim śmiechu od płaczu. Minie trochę czasu zanim będzie wiedzieć jakie gesty sprawiaja przyjemność, a jakie są nieprzyjazne. Potem z pomocą wychowanków walczyć będzie z wrodzonym egocentryzmem, w judaizmie zwanym jecer hara, by nie zabierać zabawek, by dzielić się czekoladką. Rodzice będą mówić ‘bo będzie jej przykro’ z nadzieją, że maluch zrozumie ten emocjonalny stan i zachowa się poprawnie, by jednak ‘jej’ przykro nie było. W szkole, na studiach samo dojdzie do tego czy ta droga się opłaca, czy rzeczywiście zwracanie uwagi na innych ma większy sens niż patrzenie tylko na siebie. I w zależności od miejsca, otoczenia, grupy ludzi dookoła nawet nieświadomie zdecyduje, że liczy się tylko ono, a cała reszta jest lub jej nie ma. Lub, w pozytywniejszej wersji opowieści o człowieku, zdecyduje że patrzenie dalej, głębiej, mocniej opłaca się nie tylko jemu, ale też innym.

Choć mam to szczęście, że nigdy nie brakowało dookoła mnie przyjaciół i nie tylko pytań ‘co tam?’, ale też prawdziwej potrzeby szczerej odpowiedzi, że w nie jednym domu znajdę kanapę, na której mogę odpocząć od życia nadal mam w Polsce niedosyt, koszmarny niedosyt wchodzenia bez zapowiedzi i bez pukania do czyjegoś domu tylko po to by sprawdzić czy mieszkańcy żyją (fizycznie lub duchowo). Myślę, że takich gestów brakuje na każdym kroku. A są one przecież takie proste. Szczypta miłości mogłaby tak dosmaczyć pięknie tę naszą wspólną ludzką przestrzeń.

Jeżeli diabeł tkwi w szczegółach to anioły mieszkają w empatii.